Dzień 23: chef
Nie byłam wtedy sama w kuchni, choć nalegałam. Head chef została przejrzana przez wszystkich, nie tylko ja miałam dość toksycznej atmosfery. Tak bardzo, że w końcu złożyła wypowiedzenie i wczoraj poleciała bez pożegnania. W niedzielę była wigilia, zrobilam z R pieczonego kurczaka z żurawiną. Wszyscy byli zachwyceni, wszyscy prócz niej, bo nikt jej nie zaprosił na kolację i tylko ja miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Ja, jej największa ofiara. Empatia dla oprawcy.
Potem w klubie przyznała mi, że kupiła lot i bym nikomu nie mówiła. I gdy ona była w drodze na lotnisko, ja, 9 dzień z rzędu w pracy, spędziłam 14 godz w kuchni, ogarniając ten chaos, jaki zostawiła. Chciałam pracować na kuchni i być szefem, no to jestem. Trzeba uważać, o czym marzymy, bo marzenia mogą się spełnić. Jestem wdzieczna i szczęśliwa, ale jednocześnie wykończona. Chyba dostałam infekcji na dłoniach, boję się, że się pogorszy, a nawet nie jestem tu legalnie zatrudniona, bo nie było czasu na wyrobienie wizy. Chaos, to chyba najlepiej opisuje to miejsce.
Wczoraj z kuchni ok godz 16 zobaczyłam promienie słońca i uświadomiłam sobie, że nie widziałam zachodów od 3 tygodni..
Dom, praca, dom, praca. I pół godziny między moją poranną zmianą a JEGO zmianą wieczorną. Tak, chyba się zakochałam. W chłopaku, który trzeciego dnia okazał mi zainteresowanie, a chef zgarnęła go po pijaku do łóżka. To były chyba najintensywniejsze 3 tygodnie w tym roku.
Comments
Post a Comment